Wpisy archiwalne w miesiącu
Czerwiec, 2013
Dystans całkowity: | 1342.74 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
Czas w ruchu: | 62:05 |
Średnia prędkość: | 20.86 km/h |
Maks. tętno średnie: | 100 (50 %) |
Liczba aktywności: | 33 |
Średnio na aktywność: | 41.96 km i 2h 04m |
Więcej statystyk |
Rudawy Janowickie
Środa, 12 czerwca 2013 | dodano:12.06.2013
Km: | 25.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:20 | km/h: | 18.75 |
Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Rower: | GTIX |
Umówiłam się z Tomkiem, a Tomek z Marcinem i Rafałem. Cel był jeden- wspinaczka w Rudawach Janowickich. Mój pierwszy raz. Ciężki pierwszy raz. Technika i siła to jedno, a brak zaufania do sprzętu i znikomy lęk wysokości to drugie :)
Zaraz po wspinaczce pędziliśmy do Trzebnicy, aby zdążyć na moje zajęcia. Pech chciał, że na obwodnicy był wypadek i jeden pas wyłączony z ruchu. Duży korek i kombinowanie jakby go ominąć. Zjechaliśmy w Kątach Wrocławskich, lecz i tak to nie uchroniło mnie przed 20 minutowym spóźnieniem. Dziewczyny już rozgrzane na rowerach. Wpadam, kilka sprintów, przełęcz Karkonoska i już mają dość (a ja z braku pedałowania tego dnia wręcz przeciwnie :)). Potem druga godzina spinningu i mnie jeszcze czekał outdoor cycling. Jadąc w skałki władowaliśmy rower do samochodu, wszak jakoś wrócić musiałam do Wrocławia. Ciężkie 25 km w tempie roweru miejskiego. Do tego dorzuciłam sobie 6 litrów soku ze stacji Pieprzyk. Plecy mi odpadały, powieki opadały, nogi ledwo pedałowały...
Kilka zdjęć z wypadu w skałki:























Zaraz po wspinaczce pędziliśmy do Trzebnicy, aby zdążyć na moje zajęcia. Pech chciał, że na obwodnicy był wypadek i jeden pas wyłączony z ruchu. Duży korek i kombinowanie jakby go ominąć. Zjechaliśmy w Kątach Wrocławskich, lecz i tak to nie uchroniło mnie przed 20 minutowym spóźnieniem. Dziewczyny już rozgrzane na rowerach. Wpadam, kilka sprintów, przełęcz Karkonoska i już mają dość (a ja z braku pedałowania tego dnia wręcz przeciwnie :)). Potem druga godzina spinningu i mnie jeszcze czekał outdoor cycling. Jadąc w skałki władowaliśmy rower do samochodu, wszak jakoś wrócić musiałam do Wrocławia. Ciężkie 25 km w tempie roweru miejskiego. Do tego dorzuciłam sobie 6 litrów soku ze stacji Pieprzyk. Plecy mi odpadały, powieki opadały, nogi ledwo pedałowały...
Kilka zdjęć z wypadu w skałki:

Rudawy Janowickie© maratonka
Uwaga! Sarny w żywopłocie!
Wtorek, 11 czerwca 2013 | dodano:12.06.2013
Km: | 28.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | km/h: | ||
Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Rower: | Królowa Szos |
Ze względu na olimpowe spotkanie po pracy- dzisiaj w wersji miejskiej. Niespodziewana wizyta przed wyjazdem spowodowała, że musiałam kilka minut nadrobić w czasie jazdy, więc... Różowe opony i czarne szpilki znowu uraczyły swoją obecnością trzypasmową ósemkę.

Wracając, jakieś 100 metrów od mostu nad Widawą w stronę Psiego Pola, mało nie zostałam potrącona przez... Sarnę. Jadę spokojnie, cisza- brak samochodów, ludzi. Cień żywopłotu od latarni ulicznych powodował, że zupełnie nie widziałam co się tuż pod nim dzieje. Nagle słyszę jakiś hałas obok mnie dochodzący z krzaków, stukot kopyt towarzyszący mi przez chwilę i czmychnęła tuż przede mną mała sarenka! Przebiegła na drugą stronę chodnika w trawę, gdzie jeszcze na chwilę przystanęła, rzucając pogardliwe spojrzenie- jak mogłam jej przeszkodzić w podglądaniu samochodów!
Strachu się najadłam- nie codziennie słyszy się jak sarna biegnie po chodniku. Słysząc hałas nie utożsamiałam go z owym zwierzakiem. Myślałam przez 2 i pół sekundy, że coś się na mnie z tych krzaków rzuci!
Po powrocie- nocne wypieki...

Wracając, jakieś 100 metrów od mostu nad Widawą w stronę Psiego Pola, mało nie zostałam potrącona przez... Sarnę. Jadę spokojnie, cisza- brak samochodów, ludzi. Cień żywopłotu od latarni ulicznych powodował, że zupełnie nie widziałam co się tuż pod nim dzieje. Nagle słyszę jakiś hałas obok mnie dochodzący z krzaków, stukot kopyt towarzyszący mi przez chwilę i czmychnęła tuż przede mną mała sarenka! Przebiegła na drugą stronę chodnika w trawę, gdzie jeszcze na chwilę przystanęła, rzucając pogardliwe spojrzenie- jak mogłam jej przeszkodzić w podglądaniu samochodów!
Strachu się najadłam- nie codziennie słyszy się jak sarna biegnie po chodniku. Słysząc hałas nie utożsamiałam go z owym zwierzakiem. Myślałam przez 2 i pół sekundy, że coś się na mnie z tych krzaków rzuci!
Po powrocie- nocne wypieki...
Do nieba nie chodzę,
Poniedziałek, 10 czerwca 2013 | dodano:10.06.2013
Km: | 33.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:30 | km/h: | 22.00 |
Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Rower: | GTIX |
Bo jest mi nie po drodze. I z każdym ukąszeniem komarzyc co raz bliżej piekła bram, wyzywając je od "bitches" w różnych językach. Nie można nawet w spokoju rowerów umyć!
Prócz płukania GTIXa, zlitowałam się nad Miejskim i też go wyczyściłam. Przy czym szorując wolnobieg szczotką i Kagerem, wyglądałam jak Pazura w piosence radiotelegrafisty:
Póki co szykuje się plaga komarów. Bo ślimaki już zawładnęły ogródkami- wpierniczyły wszystkie ogórki z mojej działki. Obślizgłe, wielkie, brązowe, grube ślimaki. Jak się takiego przejedzie, to potem można kawałki znaleźć na lampce lub siodełku.
A co do wczorajszego dnia... Dobra, coś tam napiszę. Otrzymałam dwie nagrody. Jedną za zdjęcie "bez lajkry"- profilowe z BSa (głosowano na niebieskim portalu społecznościowym). Ot tak sobie je wysłałam, bo mi się podoba. Nie zakładałam że coś z tego będzie, bo odcinam się od konkursów, gdzie decyduje lepsza kampania reklamowa w celu pozyskania lajków, a nie merytoryczny przekaz danej pracy. Ale jakoś się udało, widać nie tylko ja doceniłam ten kadr.
Tu otrzymałam sakwy i tylny błotnik. Porządne, miejskie sakwy new looxs .
Drugim konkursem był wybór najbardziej szykowanego rowerzysty i roweru. Ubrałam się jak ubrałam- sukienka i PRZEszpilki, którą i które de facto kupiłam na rower- bo kiedy niby miała bym je nosić?
Na scenę wypędziła mnie Marta. Trzykrotne "Daj spokój" nie poskutkowało- nie chcąc jej robić zawodu poszłam. Na scenie było nas troje- prócz mnie właściciel z upatrzonym przeze mnie starym rowerem (poprzedni wpis) i kolejny przedstawiciel płci męskiej. Całe 3 osoby. Skoro do obstawienia podium były 3 miejsca... Przegranych nie było. Razem ze starym rowerem i jego właścicielem zajęliśmy drugie miejsce.
Wygrana to kolejne sakwy, licznik do roweru i... Błotnik! Szkoda, że nie przedni ;)
Drugą nagrodą podzieliłam się z Martą- niejako jej zasługą była moja wygrana.
Z tymi błotnikami to tak jakby przewidziano, że mi dzisiaj tyłek zmoknie. Trek w Bikeklinice, a błotniki do GÓRALA... No wiecie... Można by jeszcze koraliki na szprychy założyć. Pojechałam bez, wzięłam ubrania na zmianę. Wracając objechałam ruchliwe ulice przez Redycką i skręciłam w stronę Lasu Sołtysowickiego, wyjeżdżając na Pawłowicach. Nadrabiam tym objazdem tylko 2 km, od dziś zmieniam trasę! Naprawdę przyjemnie się tamtędy jedzie.
Na koniec podziękowania dla Rafała za Atlas Turystyki Rowerowej Dolnego Śląska i Krzyśka, który na koniec sam się dopomniał, że wcześniej potrzebowałyśmy z Martą fachowej ręki do Haibike'a! Fajni jesteście!
Prócz płukania GTIXa, zlitowałam się nad Miejskim i też go wyczyściłam. Przy czym szorując wolnobieg szczotką i Kagerem, wyglądałam jak Pazura w piosence radiotelegrafisty:
Póki co szykuje się plaga komarów. Bo ślimaki już zawładnęły ogródkami- wpierniczyły wszystkie ogórki z mojej działki. Obślizgłe, wielkie, brązowe, grube ślimaki. Jak się takiego przejedzie, to potem można kawałki znaleźć na lampce lub siodełku.
A co do wczorajszego dnia... Dobra, coś tam napiszę. Otrzymałam dwie nagrody. Jedną za zdjęcie "bez lajkry"- profilowe z BSa (głosowano na niebieskim portalu społecznościowym). Ot tak sobie je wysłałam, bo mi się podoba. Nie zakładałam że coś z tego będzie, bo odcinam się od konkursów, gdzie decyduje lepsza kampania reklamowa w celu pozyskania lajków, a nie merytoryczny przekaz danej pracy. Ale jakoś się udało, widać nie tylko ja doceniłam ten kadr.
Tu otrzymałam sakwy i tylny błotnik. Porządne, miejskie sakwy new looxs .
Drugim konkursem był wybór najbardziej szykowanego rowerzysty i roweru. Ubrałam się jak ubrałam- sukienka i PRZEszpilki, którą i które de facto kupiłam na rower- bo kiedy niby miała bym je nosić?
Na scenę wypędziła mnie Marta. Trzykrotne "Daj spokój" nie poskutkowało- nie chcąc jej robić zawodu poszłam. Na scenie było nas troje- prócz mnie właściciel z upatrzonym przeze mnie starym rowerem (poprzedni wpis) i kolejny przedstawiciel płci męskiej. Całe 3 osoby. Skoro do obstawienia podium były 3 miejsca... Przegranych nie było. Razem ze starym rowerem i jego właścicielem zajęliśmy drugie miejsce.
Wygrana to kolejne sakwy, licznik do roweru i... Błotnik! Szkoda, że nie przedni ;)
Drugą nagrodą podzieliłam się z Martą- niejako jej zasługą była moja wygrana.
Z tymi błotnikami to tak jakby przewidziano, że mi dzisiaj tyłek zmoknie. Trek w Bikeklinice, a błotniki do GÓRALA... No wiecie... Można by jeszcze koraliki na szprychy założyć. Pojechałam bez, wzięłam ubrania na zmianę. Wracając objechałam ruchliwe ulice przez Redycką i skręciłam w stronę Lasu Sołtysowickiego, wyjeżdżając na Pawłowicach. Nadrabiam tym objazdem tylko 2 km, od dziś zmieniam trasę! Naprawdę przyjemnie się tamtędy jedzie.
Na koniec podziękowania dla Rafała za Atlas Turystyki Rowerowej Dolnego Śląska i Krzyśka, który na koniec sam się dopomniał, że wcześniej potrzebowałyśmy z Martą fachowej ręki do Haibike'a! Fajni jesteście!

Pomachaj do zdjęcia! :)© maratonka
Święto Wrocławskiego Rowerzysty
Niedziela, 9 czerwca 2013 | dodano:10.06.2013
Km: | 43.80 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 02:40 | km/h: | 16.43 |
Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Rower: | Królowa Szos |
Pełnej relacji dzisiaj nie będzie, kilka zdjęć, reszta w ciągu tygodnia.
Sama się gryzłam z myślami: jechać czy nie jechać? Udać się na wyprawę w Himalaje czy rozłożyć sobie wspinaczkę na lipiec, sierpień i zdobyć swój "Everest" we wrześniu?
Nie wytrzymałabym. Nie wytrzymałabym nawet tych kliku dni siedząc przed komputerem, zmuszając się do szybkiego "odwalania" magisterki. Nie ma to być niczym praca zaliczeniowa z jakiś nudnych zajęć. Byle 3 i do przodu... W górach pośpiech nie jest wskazany.
Będę pisać, jeździć na rowerze, w góry, biegać i wszystko będzie w doskonałych proporcjach. Bez katowania się.
Do rzeczy...
Na zlot gwiaździsty bardzo chciałam się załapać, ale niestety musiałam się wrócić po akumulatorki do aparatu. Po raz kolejny nie wzięłam zapasowych, gdy czekało mnie dużo fotografowania! Zawróciłam, peleton zgubiłam i tyle mnie widzieli.

Misja była następująca: obudzić nieodbierającą ode mnie telefonu Martę i wyciągnąć ją na przejazd. Misja zakończona powodzeniem!



Halo, halo! Tutaj rowerowe radio we wrocławskim gaju,
Nadajemy audycję z rowerowego kraju.
Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo sfrunęli się rowerzyści dla odbycia narad!

Ania i Mirek- jeszcze uśmiechnięci, bo dopiero miesiąc po ślubie... :)


Obudźcie mnie jak będziemy na miejscu.

Hokus pokus!


Rafał pomagał w organizacji.



Swoją drogą- Panu Prezydentowi się należy, bo kiedyś się przejechał po rynku... Przebranie jako najlepszy komentarz dla zakazu jazdy rowerem wokół ratusza :)

Michał krzyczał do ucha przez megafon.

Zapoznałam się z Mateuszem (a raczej on ze mną). I Pan Kolarz, który zastanawiał się co tu robi, podczas gdy mógłby przejechać w ciągu tych kilku godzin porządny dystans :)

Wyścigi rowerkowe!


Park Tołpy



Aniołki z nieba na święto przyleciały...

Marylin + Królowa Szos

W ramach zajęć z anatomii topograficznej... :)

Mój typ! Któż to wie, którędy ten rower jeździł, ile i w czyim posiadaniu był!













Straż Miejska i Mandat- zwycięzcy w konkursie na najlepsze przebranie :)



Dr Bike i Haibike: "Będzie jeździć!"

Nie mogło zabraknąć wrocławskiego oficera rowerowego:

Jak miło, że zaczął się owocowy sezon! Jak nie truskawkami to przejedzona (przepita...?) arbuzem. Yummy!

Sama się gryzłam z myślami: jechać czy nie jechać? Udać się na wyprawę w Himalaje czy rozłożyć sobie wspinaczkę na lipiec, sierpień i zdobyć swój "Everest" we wrześniu?
Nie wytrzymałabym. Nie wytrzymałabym nawet tych kliku dni siedząc przed komputerem, zmuszając się do szybkiego "odwalania" magisterki. Nie ma to być niczym praca zaliczeniowa z jakiś nudnych zajęć. Byle 3 i do przodu... W górach pośpiech nie jest wskazany.
Będę pisać, jeździć na rowerze, w góry, biegać i wszystko będzie w doskonałych proporcjach. Bez katowania się.
Do rzeczy...
Na zlot gwiaździsty bardzo chciałam się załapać, ale niestety musiałam się wrócić po akumulatorki do aparatu. Po raz kolejny nie wzięłam zapasowych, gdy czekało mnie dużo fotografowania! Zawróciłam, peleton zgubiłam i tyle mnie widzieli.

Misja była następująca: obudzić nieodbierającą ode mnie telefonu Martę i wyciągnąć ją na przejazd. Misja zakończona powodzeniem!
Halo, halo! Tutaj rowerowe radio we wrocławskim gaju,
Nadajemy audycję z rowerowego kraju.
Proszę, niech każdy nastawi aparat,
Bo sfrunęli się rowerzyści dla odbycia narad!
Ania i Mirek- jeszcze uśmiechnięci, bo dopiero miesiąc po ślubie... :)
Obudźcie mnie jak będziemy na miejscu.
Hokus pokus!
Rafał pomagał w organizacji.
Swoją drogą- Panu Prezydentowi się należy, bo kiedyś się przejechał po rynku... Przebranie jako najlepszy komentarz dla zakazu jazdy rowerem wokół ratusza :)

Mandat dla Prezydenta© maratonka
Michał krzyczał do ucha przez megafon.
Zapoznałam się z Mateuszem (a raczej on ze mną). I Pan Kolarz, który zastanawiał się co tu robi, podczas gdy mógłby przejechać w ciągu tych kilku godzin porządny dystans :)
Wyścigi rowerkowe!
Park Tołpy
Aniołki z nieba na święto przyleciały...
Marylin + Królowa Szos
W ramach zajęć z anatomii topograficznej... :)
Mój typ! Któż to wie, którędy ten rower jeździł, ile i w czyim posiadaniu był!


Straż Miejska i Mandat- zwycięzcy w konkursie na najlepsze przebranie :)
Dr Bike i Haibike: "Będzie jeździć!"
Nie mogło zabraknąć wrocławskiego oficera rowerowego:
Jak miło, że zaczął się owocowy sezon! Jak nie truskawkami to przejedzona (przepita...?) arbuzem. Yummy!

Dwa
Sobota, 8 czerwca 2013 | dodano:08.06.2013
Km: | 2.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:07 | km/h: | 17.14 |
Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Rower: | GTIX |
Dwa km wolnej przejażdżki po wcześniejszych 30.
Tak się przejadę...
Sobota, 8 czerwca 2013 | dodano:08.06.2013Kategoria Terenówka
Km: | 30.07 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:06 | km/h: | 27.34 |
Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Rower: | GTIX |
Poranne 7 km. Ciężki to był bieg- gorąco i za dużo snu. Miała być dycha, ale bez przesady. Jeszcze bym się spociła. 6 min/km (amatorka, wiem)
Kilka godzin siedzenia przed ekranem, kilka chmur na niebie przybyło. Obiecanego w 90% przez wujka gugla deszczu ni śladu. Nie ma wymówki, żeby nie pokręcić...
Średnio mi się chciało ruszać, toteż z założenia tempo miało być średnie. Brzuch przepełniony truskawkami i świeżym sokiem z jabłek zniechęcał do jakiejkolwiek aktywności fizycznej.
Założenia założeniami, a w praktyce... Całkiem dobrze się toczyło po asfalcie. W Godzieszowej załapałam się nawet na orszak weselny. Mało nie ogłuchłam od samochodowych klaksonów. Najszybszy "płaski" km wykręciłam w Pasikurowicach- uciekając przed białą limuzyną- 1:42 :)
Wróciłam, zamieniłam rower na rolki- tu tylko 10 km (16,8 km/h), trochę zmęczenie dało się we znaki (zmęczenie PRZEspaniem!). I kolejna sobota przeszła do historii!
Domaszczyn- Łosice- Łozina- Skarszyn- Pasikurowice
Niezmiennie od kilku lat- uwielbiam jej uspokajającą barwę głosu:
Kilka godzin siedzenia przed ekranem, kilka chmur na niebie przybyło. Obiecanego w 90% przez wujka gugla deszczu ni śladu. Nie ma wymówki, żeby nie pokręcić...
Średnio mi się chciało ruszać, toteż z założenia tempo miało być średnie. Brzuch przepełniony truskawkami i świeżym sokiem z jabłek zniechęcał do jakiejkolwiek aktywności fizycznej.
Założenia założeniami, a w praktyce... Całkiem dobrze się toczyło po asfalcie. W Godzieszowej załapałam się nawet na orszak weselny. Mało nie ogłuchłam od samochodowych klaksonów. Najszybszy "płaski" km wykręciłam w Pasikurowicach- uciekając przed białą limuzyną- 1:42 :)
Wróciłam, zamieniłam rower na rolki- tu tylko 10 km (16,8 km/h), trochę zmęczenie dało się we znaki (zmęczenie PRZEspaniem!). I kolejna sobota przeszła do historii!
Domaszczyn- Łosice- Łozina- Skarszyn- Pasikurowice
Niezmiennie od kilku lat- uwielbiam jej uspokajającą barwę głosu:
Banan PRZEmocy.
Piątek, 7 czerwca 2013 | dodano:07.06.2013Kategoria Terenówka
Km: | 27.50 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:01 | km/h: | 27.05 |
Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Rower: | GTIX |
Taki to był banan, że nowy SAPORT (jak PRO zwykli mawiać) rozgrzał się do czerwoności. I niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że toczyłam się przez miasto i to na terenowych, hałasujących Nobby Nic'ach.
Zostając w temacie owoców- zdjęcie niebanana:

Rano +5 km do zajebistości w tempie 5:27. Jak na brak formy i poranny trening bez śniadania- napawam się dumą. Do maratonu pozostało:
99 Dni
11 g : 50 m : 30 s
Do osiągnięcia: czas poniżej poprzedniego (4:18). Boję się założyć mniej niż 4 godziny, bo może się nie udać i nie będzie co opijać.
Zostając w temacie owoców- zdjęcie niebanana:

Niebanan© maratonka
Rano +5 km do zajebistości w tempie 5:27. Jak na brak formy i poranny trening bez śniadania- napawam się dumą. Do maratonu pozostało:
99 Dni
11 g : 50 m : 30 s
Do osiągnięcia: czas poniżej poprzedniego (4:18). Boję się założyć mniej niż 4 godziny, bo może się nie udać i nie będzie co opijać.
Niesamowite.
Czwartek, 6 czerwca 2013 | dodano:07.06.2013
Km: | 38.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 01:45 | km/h: | 21.71 |
Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Rower: | Trek 7100 |
Niesamowite jak zwykła rozmowa może rozwiać wszelkie wątpliwości i naładować energią.
Naprawdę nic nadzwyczajnego- dwie dwudziestoczterolatki z paczką chrupek kukurydzianych i swobodna gadka przerywana niekiedy głośnymi wybuchami śmiechu, a nawet brzydkimi słowami. Ja mówię, ona przytakuje, ona mówi, ja przytakuję. I tak przytakując sobie przez 2 godziny wyciągnęłyśmy ogrom wniosków. Ot, na przykład taki, że Redd's grejpfrutowo-ananasowy nie smakuje jak piwo. Były jeszcze przemyślenia mniej spożywcze.
Najpierw uczelnia, ostatnie (!) zajęcia z markjetingu, praca (cudowne, ogarniające dziewczyny, z którymi w końcu mogę zrobić cruzado żeńskie!), podmiana Treka na GTIXa w Bikeklinice, praca (pani trener, gorąco jest!), i z pod Magnolii już razem z Martą pojechałyśmy w stronę Wielkiej Wyspy.
Po spotkaniu wracałam do domu tak szybko, że oddechu złapać nie mogłam, opony zakłócały ciszę nocną. Energii w sobie tyle miałam, że o 2.00 w nocy wyszorowałam fugi pod prysznicem.
Naprawdę nic nadzwyczajnego- dwie dwudziestoczterolatki z paczką chrupek kukurydzianych i swobodna gadka przerywana niekiedy głośnymi wybuchami śmiechu, a nawet brzydkimi słowami. Ja mówię, ona przytakuje, ona mówi, ja przytakuję. I tak przytakując sobie przez 2 godziny wyciągnęłyśmy ogrom wniosków. Ot, na przykład taki, że Redd's grejpfrutowo-ananasowy nie smakuje jak piwo. Były jeszcze przemyślenia mniej spożywcze.
Najpierw uczelnia, ostatnie (!) zajęcia z markjetingu, praca (cudowne, ogarniające dziewczyny, z którymi w końcu mogę zrobić cruzado żeńskie!), podmiana Treka na GTIXa w Bikeklinice, praca (pani trener, gorąco jest!), i z pod Magnolii już razem z Martą pojechałyśmy w stronę Wielkiej Wyspy.
Po spotkaniu wracałam do domu tak szybko, że oddechu złapać nie mogłam, opony zakłócały ciszę nocną. Energii w sobie tyle miałam, że o 2.00 w nocy wyszorowałam fugi pod prysznicem.

Mroźny Kraków© maratonka
Gdzie diabeł nie może... Kopalnia w Gilowie i na Czernicy.
Wtorek, 4 czerwca 2013 | dodano:05.06.2013Kategoria Góry i dziury
Km: | 16.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 00:40 | km/h: | 24.00 |
Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Rower: | Trek 7100 |
Dzień pozytywnych zaliczeń dzisiaj. Zaliczenie kolokwium (ostatniego!), dwóch kopalni i zaliczenie pierwszych zjazdów z użyciem sprzętu wspinaczkowego. Zaraz po zajęciach na uczelni wracam do domu, robię do termosu gorącą herbatę z cytryną i szukam ciuchów "do wyrzucenia". Tomek podjechał, dałam mu 5 minut na zwiedzenie okolicy mojego domu i ruszyliśmy.
Mieliśmy dzisiaj spenetrować kopalnię w Gilowie oraz sztolnie w Szklarach. Ograniczona czasem sugeruję, żeby przed zmierzchem wrócić do domu. Odpuszczamy Szklary. Również dlatego, że jak na pierwszy raz mogłyby przerosnąć moje umiejętności speleologiczne, których de facto jeszcze nie posiadałam :)
"Ze względu na swoją budowę geologiczną dolny Śląsk od wieków był terenem działalności górniczej, po której pozostały liczne obiekty podziemne, które stały się obiektem penetracji dla grotołazów i eksploratorów."
( http://www.eznp.cba.pl/kopalnia gilow/200.html)
Tomek zapomniał podać wymiary maksymalne współtowarzysza dzisiejszej eksploracji. Brzuch się wciągnie, cycki upcha, poślady zepnie i przejdzie.

Mój zjazd, cóż... Pozostawiał wiele do życzenia. Powiem tylko tyle- cierpliwość była w tej sytuacji konieczna.


Wielka "dziura"...

... a w środku woda.




Niestety nurek ze mnie żaden i wodę to ja mogłam co najwyżej fotografować. TUTAJ znajduje się bardzo ciekawa relacja z nurkowania w tejże kopalni.
To dopiero jest zwiedzanie! (www.cave-diving.pl)

Ileż ten szpadel ziemi przekopał!


Szybko poszło. Kopalnia dla "suchostopych" jest do przejścia w kilkanaście minut.
Jak się zjechało, to teraz trzeba wejść! Początki są trudne. Mało powiedziane- tragiczne. Nieporadnie walczę z małpą co chwilę kierując głupie pytania do Tomka:
"A ta lina na pewno nie pęknie?"
"Croll mi się nie odepnie?"
"Tusz mi się nie rozmaże?"

Tusz się nie rozmazał, croll niezmiennie mnie trzymał, a małpa pozwoliła wyjść na jasną, zieloną powierzchnię planety Ziemi.

Zaspokajając głód bagietkami czosnkowymi ruszamy w stroną Tąpadła. Chwila spaceru drogą do celu.
Kopalnia położona jest na stoku Czernicy w masywie Ślęży koło wsi Tąpadła. Chromit wydobywano z niej z przerwami w latach 1890 - 1943.

Że niby tam?

Tam!


Psikus! Bramka przy wejściu zamknięta. Nic tutaj nie zdziałamy. Krata jest zamykana na okres zimowy, ponieważ wtedy jest to siedlisko nietoperzy.

Najniższy poziom kopalni jest całkowicie zalany i leży na głębokości 14m. Tym samym jest to obiekt atrakcyjny dla jaskiniowych nurków:
Pozostaje nam jedynie do przejścia sztolnia znajdująca się nieopodal - dawniej połączona z tą częścią kopalni. Z wodą spływającą ze ścian szybu wydostajemy się na powierzchnię.


Chociaż idzie mi sprawniej niż za pierwszym razem, im wyżej się znajduję, tym szybciej mi bije serce. Za każdym podciągnięciem podejrzliwie spoglądam na croll, który momentami haczył mi o linę. Mając świadomość, że po jego odpięciu trzymałabym się jedynie na własnych rękach, zwalniam i bacznie obserwuję czy wszystko jest zapięte jak należy. Tym bardziej, że nie znam sprzętu i jest to dla mnie coś nowego. To tak jak z jazdą na rowerze po ulicy. Dopóki kilka razy się nie przejedzie, panuje wszechobecny strach i jezdnia jawiąca się jako droga śmierci.
Wychodzę pierwsza. Opuszczam sprzęt na dół i po kilku minutach obydwoje jesteśmy już na górze.

Wracamy w stronę sztolni, do której da się wejść bez żadnych trudności.

Miejscami korytarze są dosyć mocno zalane wodą. Do pewnego momentu można przejść po kamieniach suchą stopą.

Aby iść dalej, przydałyby się kalosze. Albo podejście "I tak zaraz się przebiorę w suche rzeczy". :)

Tomek nie miał kaloszy i nie chcąc zakosztować namaczania stóp w kopalnianych cieczach został w połowie. Zresztą był już tutaj, a mnie ciągnęła w głąb ciekawość, którą musiałam zaspokoić chociażby i kosztem wody w butach.









Gdzieniegdzie można dostrzec kawałki chromitu:

Przemoczona z ulgą wraz z Tomkiem docieram do samochodu. Przebieramy się i po 30 minutach jesteśmy z powrotem we Wrocławiu. W moim odczuciu to był bardzo długi dzień. Długi, lecz ciekawy. Jak nie wtorek- bo wtorki zawsze są najgorszymi dniami tygodnia... :)
Mieliśmy dzisiaj spenetrować kopalnię w Gilowie oraz sztolnie w Szklarach. Ograniczona czasem sugeruję, żeby przed zmierzchem wrócić do domu. Odpuszczamy Szklary. Również dlatego, że jak na pierwszy raz mogłyby przerosnąć moje umiejętności speleologiczne, których de facto jeszcze nie posiadałam :)
"Ze względu na swoją budowę geologiczną dolny Śląsk od wieków był terenem działalności górniczej, po której pozostały liczne obiekty podziemne, które stały się obiektem penetracji dla grotołazów i eksploratorów."
( http://www.eznp.cba.pl/kopalnia gilow/200.html)
Tomek zapomniał podać wymiary maksymalne współtowarzysza dzisiejszej eksploracji. Brzuch się wciągnie, cycki upcha, poślady zepnie i przejdzie.

Mój zjazd, cóż... Pozostawiał wiele do życzenia. Powiem tylko tyle- cierpliwość była w tej sytuacji konieczna.

Wielka "dziura"...
... a w środku woda.
Niestety nurek ze mnie żaden i wodę to ja mogłam co najwyżej fotografować. TUTAJ znajduje się bardzo ciekawa relacja z nurkowania w tejże kopalni.
To dopiero jest zwiedzanie! (www.cave-diving.pl)

Ileż ten szpadel ziemi przekopał!
Szybko poszło. Kopalnia dla "suchostopych" jest do przejścia w kilkanaście minut.
Jak się zjechało, to teraz trzeba wejść! Początki są trudne. Mało powiedziane- tragiczne. Nieporadnie walczę z małpą co chwilę kierując głupie pytania do Tomka:
"A ta lina na pewno nie pęknie?"
"Croll mi się nie odepnie?"
"Tusz mi się nie rozmaże?"

Tusz się nie rozmazał, croll niezmiennie mnie trzymał, a małpa pozwoliła wyjść na jasną, zieloną powierzchnię planety Ziemi.
Zaspokajając głód bagietkami czosnkowymi ruszamy w stroną Tąpadła. Chwila spaceru drogą do celu.
Kopalnia położona jest na stoku Czernicy w masywie Ślęży koło wsi Tąpadła. Chromit wydobywano z niej z przerwami w latach 1890 - 1943.
Że niby tam?
Tam!
Psikus! Bramka przy wejściu zamknięta. Nic tutaj nie zdziałamy. Krata jest zamykana na okres zimowy, ponieważ wtedy jest to siedlisko nietoperzy.
Najniższy poziom kopalni jest całkowicie zalany i leży na głębokości 14m. Tym samym jest to obiekt atrakcyjny dla jaskiniowych nurków:
Pozostaje nam jedynie do przejścia sztolnia znajdująca się nieopodal - dawniej połączona z tą częścią kopalni. Z wodą spływającą ze ścian szybu wydostajemy się na powierzchnię.
Chociaż idzie mi sprawniej niż za pierwszym razem, im wyżej się znajduję, tym szybciej mi bije serce. Za każdym podciągnięciem podejrzliwie spoglądam na croll, który momentami haczył mi o linę. Mając świadomość, że po jego odpięciu trzymałabym się jedynie na własnych rękach, zwalniam i bacznie obserwuję czy wszystko jest zapięte jak należy. Tym bardziej, że nie znam sprzętu i jest to dla mnie coś nowego. To tak jak z jazdą na rowerze po ulicy. Dopóki kilka razy się nie przejedzie, panuje wszechobecny strach i jezdnia jawiąca się jako droga śmierci.
Wychodzę pierwsza. Opuszczam sprzęt na dół i po kilku minutach obydwoje jesteśmy już na górze.
Wracamy w stronę sztolni, do której da się wejść bez żadnych trudności.
Miejscami korytarze są dosyć mocno zalane wodą. Do pewnego momentu można przejść po kamieniach suchą stopą.
Aby iść dalej, przydałyby się kalosze. Albo podejście "I tak zaraz się przebiorę w suche rzeczy". :)
Tomek nie miał kaloszy i nie chcąc zakosztować namaczania stóp w kopalnianych cieczach został w połowie. Zresztą był już tutaj, a mnie ciągnęła w głąb ciekawość, którą musiałam zaspokoić chociażby i kosztem wody w butach.

Kopalnia chromitu© maratonka
Gdzieniegdzie można dostrzec kawałki chromitu:
Przemoczona z ulgą wraz z Tomkiem docieram do samochodu. Przebieramy się i po 30 minutach jesteśmy z powrotem we Wrocławiu. W moim odczuciu to był bardzo długi dzień. Długi, lecz ciekawy. Jak nie wtorek- bo wtorki zawsze są najgorszymi dniami tygodnia... :)
Wrocław-Złotoryja
Poniedziałek, 3 czerwca 2013 | dodano:03.06.2013
Km: | 112.23 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 05:49 | km/h: | 19.29 |
Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Rower: | Trek 7100 |
Plany były takie:
Wrocław-Zgorzelec-Drezno-Praga-Liberec-Izery-Jelenia Góra
Były i się zmyły. Dosłownie.
Skromnie, w sam raz na kilka dni, które udało mi się wygospodarować. Zacznijmy od radosnej, "startowej" fotki. Gdy jeszcze rozpościerała się przed nami wizja spędzenia kilku najbliższych dni w podróży i niezliczonej ilości obrotów korbą.

Ujechali my ze wsi Zakrzów do wsi Korona. Ujechali i stanęli. Bo maratonka-lama znowu się wykazała umiejętnościami. "Dlaczego mi ta przerzutka tak hałasuje?" Bo zamiast łańcucha znowu były papryki.

Odkręcając dolne kółko przerzutki Kamil poprowadził łańcuch jak iść powinien. Wiem, zrodziło się pytanie w Waszych głowach "Dlaczego ona po prostu nie rozkuła łańcucha?". Ponieważ miałam założoną spinkę i nie brałam rozkuwacza. I kolejne pytanie: "Dlaczego nie rozpięła spinki?". Ponieważ mi się nie udało. "Dlaczego nie zrobił tego kawaler ze zdjęcia?" Ponieważ jemu też się nie udało. A kupowałam ją dzień wcześniej w Speedcity na Litewskiej, z wyraźnym zaznaczeniem: "Poproszę spinkę, którą będę w stanie ROZPIĄĆ". Jak zawsze dostałam to co chciałam.

Najważniejsze, że kreatywnego myślenia nie zabrakło i łańcuch przestał rzęzić.

Tradycyjnie nadszedł etap, w którym do łask wrócił Wore-Tex. Mając na uwadze prognozy, ubezpieczyłam się w kontuzjogenne* ochraniacze Shimano. Żeby na pierwszy rzut oka nie widzieli, że jedzie dwoje takich ze wsi Wrocław z reklamówkami na nogach.

Kamil uznał, że białe będą mu pasować do... Koloru nitki na spodniach...?

Czas na kanapki!
W Jaworze zatrzymujemy się w bardzo sympatycznej Restauracji Ratuszowej. Pocieszmy się czekoladą (z cynamonem!) wbijając wzrok w plan wyprawy.


Już wiemy, że w tych warunkach nie uda nam się dojechać do Zgorzelca. Co chwilę przelotny deszcz wespół z największym wrogiem rowerzysty- wiatrem w twarz!

Ubrani w przeciwdeszczowe kurtki topimy się we własnym pocie, wszak jest za ciepło na jazdę z kurtce, ale za zimno, żeby moknąć bez kurtki. Do tego wkładamy dużo sił w to, żeby jechać zaledwie 15-16 km/h.

Mijamy Złotoryję. Tuż za, koło godziny 18.00 robimy postój na drugą turę "Maratońskich kanapek". Zaznaczę, iż nie były to zwykłe kromki z tyrolską. Tylko "trochę mi się przypiekła, musiałam skrobać".
Nawet kanapki nie uchroniły nas przed przymusowym postojem. Kamil zaczynał odczuwać niewielki ból w kolanie. Zrzucamy winę na nieznaczną zmianę ustawienia nachylenia mostka, której się dopuścił tuż przed wyprawą. Wymęczeni wiatrem i warunkami, jakie nam towarzyszyły, decydujemy się na nocleg w Złotoryi. Nie w namiocie, bo marzymy o ciepłym łóżku, gorącym prysznicu i odseparowaniu się od wiatru oraz deszczu. Cofamy się jakieś 2-3 km do schroniska młodzieżowego, gdzie nawet załapuje się na zniżkę studencką :) Suma summarum płacimy grosze za spełnione marzenia tamtego dnia.
Plan jest taki: kładziemy się spać, rano budzą nas promienie słońca wlewające się przez okno, Kamila kolano zapomina o tym co było i ciśniemy do Zgorzelca. Lub do Drezna jeżeli wiatr tym razem będzie naszym współtowarzyszem.
Dobranoc!

*po zapięciu uciskają na ścięgna Achillesa, przez co niedawno miałam i do tej pory mam z nimi problem.
Wrocław-Zgorzelec-Drezno-Praga-Liberec-Izery-Jelenia Góra
Były i się zmyły. Dosłownie.
Skromnie, w sam raz na kilka dni, które udało mi się wygospodarować. Zacznijmy od radosnej, "startowej" fotki. Gdy jeszcze rozpościerała się przed nami wizja spędzenia kilku najbliższych dni w podróży i niezliczonej ilości obrotów korbą.
Ujechali my ze wsi Zakrzów do wsi Korona. Ujechali i stanęli. Bo maratonka-lama znowu się wykazała umiejętnościami. "Dlaczego mi ta przerzutka tak hałasuje?" Bo zamiast łańcucha znowu były papryki.

Odkręcając dolne kółko przerzutki Kamil poprowadził łańcuch jak iść powinien. Wiem, zrodziło się pytanie w Waszych głowach "Dlaczego ona po prostu nie rozkuła łańcucha?". Ponieważ miałam założoną spinkę i nie brałam rozkuwacza. I kolejne pytanie: "Dlaczego nie rozpięła spinki?". Ponieważ mi się nie udało. "Dlaczego nie zrobił tego kawaler ze zdjęcia?" Ponieważ jemu też się nie udało. A kupowałam ją dzień wcześniej w Speedcity na Litewskiej, z wyraźnym zaznaczeniem: "Poproszę spinkę, którą będę w stanie ROZPIĄĆ". Jak zawsze dostałam to co chciałam.
Najważniejsze, że kreatywnego myślenia nie zabrakło i łańcuch przestał rzęzić.
Tradycyjnie nadszedł etap, w którym do łask wrócił Wore-Tex. Mając na uwadze prognozy, ubezpieczyłam się w kontuzjogenne* ochraniacze Shimano. Żeby na pierwszy rzut oka nie widzieli, że jedzie dwoje takich ze wsi Wrocław z reklamówkami na nogach.
Kamil uznał, że białe będą mu pasować do... Koloru nitki na spodniach...?
Czas na kanapki!
W Jaworze zatrzymujemy się w bardzo sympatycznej Restauracji Ratuszowej. Pocieszmy się czekoladą (z cynamonem!) wbijając wzrok w plan wyprawy.
Już wiemy, że w tych warunkach nie uda nam się dojechać do Zgorzelca. Co chwilę przelotny deszcz wespół z największym wrogiem rowerzysty- wiatrem w twarz!
Ubrani w przeciwdeszczowe kurtki topimy się we własnym pocie, wszak jest za ciepło na jazdę z kurtce, ale za zimno, żeby moknąć bez kurtki. Do tego wkładamy dużo sił w to, żeby jechać zaledwie 15-16 km/h.
Mijamy Złotoryję. Tuż za, koło godziny 18.00 robimy postój na drugą turę "Maratońskich kanapek". Zaznaczę, iż nie były to zwykłe kromki z tyrolską. Tylko "trochę mi się przypiekła, musiałam skrobać".
Nawet kanapki nie uchroniły nas przed przymusowym postojem. Kamil zaczynał odczuwać niewielki ból w kolanie. Zrzucamy winę na nieznaczną zmianę ustawienia nachylenia mostka, której się dopuścił tuż przed wyprawą. Wymęczeni wiatrem i warunkami, jakie nam towarzyszyły, decydujemy się na nocleg w Złotoryi. Nie w namiocie, bo marzymy o ciepłym łóżku, gorącym prysznicu i odseparowaniu się od wiatru oraz deszczu. Cofamy się jakieś 2-3 km do schroniska młodzieżowego, gdzie nawet załapuje się na zniżkę studencką :) Suma summarum płacimy grosze za spełnione marzenia tamtego dnia.
Plan jest taki: kładziemy się spać, rano budzą nas promienie słońca wlewające się przez okno, Kamila kolano zapomina o tym co było i ciśniemy do Zgorzelca. Lub do Drezna jeżeli wiatr tym razem będzie naszym współtowarzyszem.
Dobranoc!
*po zapięciu uciskają na ścięgna Achillesa, przez co niedawno miałam i do tej pory mam z nimi problem.