This is the road to HEL! 500 km w 44 godziny cz.1
Piątek, 13 lipca 2012 | dodano:20.07.2012Kategoria Sto i więcej
Km: | 342.00 | Km teren: | 0.00 | Czas: | 22:00 | km/h: | 15.55 |
Pr. maks.: | 0.00 | Temperatura: | HRmax: | (%) | HRavg | (%) | |
Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Rower: | Trek 7100 |
Skąd to, jak to, dlaczego tak?
Z Krzyśkiem zgadaliśmy się przez facebooka, nie znając się osobiście. Przed wyprawą była tylko jedna wycieczka zapoznawcza do Sycowa. Nauczona, że to czego się nie przemyśli najlepiej się wspomina- bez zawahania przystałam na propozycję wypadu nad morze z noclegiem dopiero na plaży. Wyzwanie!
TRASA ZAPLANOWANA
A było to tak...
Kilka godzin przed wyprawą miejsce ekscytacji zastąpiły poniekąd obawy. Czy jazda w nocy to dobry pomysł? Czy dojedziemy cało? Czy nikt nas z drogi nie sprzątnie?
Kończąc pracę o 21.00 czekało mnie jeszcze pakowanie. Plan był taki: ruszyć o 1.00 w nocy w piątek i jechać póki przed oczami nie pojawi się bezkresny horyzont Bałtyku. Spakowana!

Ostatecznie TRZYNASTEGO W PIĄTEK ruszamy o 2.00 Żmigrodzką.

Jazda nocą całkiem przyjemna, po mocnej kawie oczy jeszcze się nie kleiły. Ruch niewielki, mijające nas TIRy zachowywały bardzo dużą odległość.
Na zjazdach i płaskim ładowałam Nokię swoją ładowarką na dynamo. Niestety jak już wcześniej narzekałam na swoją Nokię tak i teraz nie obejdzie się bez. Mimo ładowania bateria i tak padła. Stąd jedynie 156 km zarejestrowane, później włączałam co jakiś czas tylko na chwilę endo- żeby był ślad.
Już od początku irytowała mnie nieco ilość przerw. W moich planach była godzina na każde 100 km. Krótkie, bo krótkie, ale jak się już rozkręciłam to nie bardzo mi się podobało zatrzymywanie- choćby na 5 minut. Szczególnie gdy były to dopiero pierwsze km.
Piękne uczucie kiedy wstaje nowy dzień. Kiedy każdy kolejny przejechany kilometr jest co raz cieplejszy i jaśniejszy.

Przed Jarocinem 2 km prowadzi nas samochód. Średnia ok. 40km/h, a można było podziwiać widoki. Szkoda, że tak krótko, ale warto wspomnieć tego kierowcę, który po zjechaniu z głównej drogi zatrąbił i pomachał nam z uśmiechem na twarzy.

Godzina 8:30. 116 km. Docieramy do Jarocina.
Akurat trwa tam festiwal, więc zdjęcie z glanem jak najbardziej na TOPIE.
Słońce, wygodny glan- tak to ja mogę siedzieć!



Humor dopisuje, nastrój doskonały. Mijamy co raz to ciekawsze wioski zastanawiając się jakie jeszcze "owo" zaliczymy.


Gniezno, godzina 14.00, ok. 200 km za nami. 12 godzin od startu.
Przerwa pod Mc Donaldem na przedyskutowanie dalszej trasy. Senność daje się we znaki i nawet czerwona kostka jawi się jako miejsce do spania. Nie spać, zwiedzać!

Przed Bydgoszczą, godzina 17:20.
Krzyśka dopada ból w okolicy ścięgna Achillesa. To czego się obawiałam od początku. Że przeszkodzą nam kontuzje. Bo siły psychiczne i fizyczne starczyłyby nam na całe 500 km. Zmniejszamy tempo- byle do przodu.

Ja jeszcze hulam z uśmiechem na twarzy. Nieświadoma tego co mnie czeka. Ale póki co... Pedałujemy dalej!

Godzina 20.00, ok 300 km za nami. 18. godzina podróży. 35 godzin bez snu.

Zaliczamy obowiązkowy punkt naszej wyprawy czyli jedzeniowy syf. Tutaj dłuższa przerwa- chyba ponad godzinę.

Zostawiamy Bydgoszcz daleko za sobą. Od tego postoju lewe kolano zaczyna dawać o sobie znać. Początkowo sądzę, że po prostu się zastało i trzeba je rozruszać. Z każdym kilometrem, z każdym obrotem pedała zamiast co raz lepiej jest co raz gorzej. Tempo spadło.
Długi zjazd do miejscowości X. Godzina 23.11. 340 km za nami.

W X zjeżdżamy na stację benzynową. Ból bierze górę. Oparta o brykiet do grilla momentami odpływam. Noga wyprostowana, może odpocznie, może przejdzie. Krzysiek przynosi espresso. Wypijam z obrzydzeniem jakby był to kubek wódki- nie lubię kawy. Dalej przymykam oczy w objęciach brykietu- wygodnie, błogo wręcz. Rejestruję tylko przy każdym podniesieniu powiek tankujące samochody ich właścicieli. Policjanci. Wstawione imprezowiczki. -"Stacja nieczynna, rozliczenie!" -"Ja pierd#le!". Potrząsam głową z trudem wstaję podążając po kolejne espresso i Kit Kat'a- trzeba czymś zagryźć posmak małej czarnej. Noga wyprostowana, zablokowana w stawie kolanowym. Nawet najmniejsze zgięcie powoduje ciarki i przeszywający ból.
I co dalej? Na rower nie wsiądę- pedałowanie tylko prawą nogą było wykluczone, ponieważ na pośladkach zaczęły się robić bolesne odparzenia. Ból może i byłby do zniesienia, gdyby nie fakt, że przy ciągnięciu pedała w górę cztery litery dociskały jeszcze mocniej do powierzchni siodełka. Poza tym przed nami długi, dosyć stromy podjazd.
Szukamy ostrego dyżuru. Dobrze, że X to nie wiocha zabita dechami, ale za to tamtejsi policjanci...
- Chcieliśmy się dowiedzieć jak trafić do szpitala?
- A co się stało?
- Noga mnie strasznie boli, nie mogę jechać, ledwo idę.
- Ale czego pani ode mnie oczekuje? Ja nic nie mam przy sobie...
- Jak trafić do szpitala...?
- To musi Pani po karetkę dzwonić, ja nie mogę Pani pomóc.
- Chcieliśmy się dowiedzieć jak mamy DOJŚĆ do szpitala.
Mniej więcej tak wyglądał dialog. Otrzymaliśmy wskazówkę jakże zawiłą: "Cały czas prosto i po prawej stronie będzie". A można było tak od razu.
Pokonujemy stromy podjazd pieszo. Takiego chodnika jeszcze w życiu nie spotkałam- dziura na dziurze. Z obawy przed skręceniem kostki, klnąc jak szewc (to się Krzychu nasłuchał) schodzę na ulicę z kostki brukowej. Na szczycie wzniesienia szpital.
Prześwietlenie nic nie wykazało, ale zrobili tak pro forma. W oczekiwaniu na wyniki dopada złość. Wściekłość, że taki kawał przejechałam i nad Bałtyk nie dojadę. Łzy w oczach spowodowane bezsilnością. Nienawiść w stosunku do własnej nogi.
Przychodzi lekarz. Opowiadam skąd się tu wzięłam i co mi dolega.
- Dużo podjazdów było?
- Na miękkich czy na twardych przełożeniach pani jechała?
- Rama dobrze dobrana?
- A może bloki w butach źle ustawione, pokazać.
- Ile km pani jeździła dziennie przed wyprawą?
Widać trafił swój na swego.
- Zastrzyk z Ketonalu domięśniowo.
Na pytanie co teraz zamierzamy odpowiadam, że chyba gdzieś nocleg znajdziemy, a rano podjedziemy do miejscowości gdzie jest dworzec PKP.
- A namiot macie?
- Mamy.
- A jakby się rozłożyli na tym lądowisku dla helikopterów?
- ale my nie mamy klucza do tamtego wyjścia...
- A ten cieć z portierni nie ma? Może on ma, trzeba się go spytać.
Wychodzę do Krzyśka, który czeka (śpi) pod szpitalem. Przedstawiam ofertę. W zasadzie kiedy otrzymałam zastrzyk z Ketonalu miałam nadzieję odczekać aż zacznie działać i chciałam jechać dalej. Nie chciałam spać. Plany jednak pokrzyżował lekarz i pielęgniarka, którzy wylecieli do nas z ofertą.
-Mamy wolną tu na dole jedną salę, może chcecie się tam przespać, z rowerami wejdziecie i rano dojedziecie do dworca. Po co macie teraz po nocy gdzieś się szwendać...
Patrzę na Krzyśka.
-Dobra.
I tak wylądowaliśmy w szpitalu na perypetiach.

Takiego apartamentu się nie spodziewałam. I to z możliwością skorzystania z prysznica! Nie odmówiłam. Ketonal powoli uśmierzał ból.

342 km. 24 godziny od startu. 42 godziny bez snu.
Przed odpłynięciem w szpitalnych łózkach na całe 3 godziny chwila rozmowy i momentalny zgon.
Pobudka i "ucieczka" przed siostrą oddziałową- w następnym wpisie :)
Z Krzyśkiem zgadaliśmy się przez facebooka, nie znając się osobiście. Przed wyprawą była tylko jedna wycieczka zapoznawcza do Sycowa. Nauczona, że to czego się nie przemyśli najlepiej się wspomina- bez zawahania przystałam na propozycję wypadu nad morze z noclegiem dopiero na plaży. Wyzwanie!
TRASA ZAPLANOWANA
A było to tak...
Kilka godzin przed wyprawą miejsce ekscytacji zastąpiły poniekąd obawy. Czy jazda w nocy to dobry pomysł? Czy dojedziemy cało? Czy nikt nas z drogi nie sprzątnie?
Kończąc pracę o 21.00 czekało mnie jeszcze pakowanie. Plan był taki: ruszyć o 1.00 w nocy w piątek i jechać póki przed oczami nie pojawi się bezkresny horyzont Bałtyku. Spakowana!

Ostatecznie TRZYNASTEGO W PIĄTEK ruszamy o 2.00 Żmigrodzką.
Jazda nocą całkiem przyjemna, po mocnej kawie oczy jeszcze się nie kleiły. Ruch niewielki, mijające nas TIRy zachowywały bardzo dużą odległość.
Na zjazdach i płaskim ładowałam Nokię swoją ładowarką na dynamo. Niestety jak już wcześniej narzekałam na swoją Nokię tak i teraz nie obejdzie się bez. Mimo ładowania bateria i tak padła. Stąd jedynie 156 km zarejestrowane, później włączałam co jakiś czas tylko na chwilę endo- żeby był ślad.
Już od początku irytowała mnie nieco ilość przerw. W moich planach była godzina na każde 100 km. Krótkie, bo krótkie, ale jak się już rozkręciłam to nie bardzo mi się podobało zatrzymywanie- choćby na 5 minut. Szczególnie gdy były to dopiero pierwsze km.
Piękne uczucie kiedy wstaje nowy dzień. Kiedy każdy kolejny przejechany kilometr jest co raz cieplejszy i jaśniejszy.
Przed Jarocinem 2 km prowadzi nas samochód. Średnia ok. 40km/h, a można było podziwiać widoki. Szkoda, że tak krótko, ale warto wspomnieć tego kierowcę, który po zjechaniu z głównej drogi zatrąbił i pomachał nam z uśmiechem na twarzy.
Godzina 8:30. 116 km. Docieramy do Jarocina.
Akurat trwa tam festiwal, więc zdjęcie z glanem jak najbardziej na TOPIE.
Słońce, wygodny glan- tak to ja mogę siedzieć!
Humor dopisuje, nastrój doskonały. Mijamy co raz to ciekawsze wioski zastanawiając się jakie jeszcze "owo" zaliczymy.
Gniezno, godzina 14.00, ok. 200 km za nami. 12 godzin od startu.
Przerwa pod Mc Donaldem na przedyskutowanie dalszej trasy. Senność daje się we znaki i nawet czerwona kostka jawi się jako miejsce do spania. Nie spać, zwiedzać!

Przed Bydgoszczą, godzina 17:20.
Krzyśka dopada ból w okolicy ścięgna Achillesa. To czego się obawiałam od początku. Że przeszkodzą nam kontuzje. Bo siły psychiczne i fizyczne starczyłyby nam na całe 500 km. Zmniejszamy tempo- byle do przodu.
Ja jeszcze hulam z uśmiechem na twarzy. Nieświadoma tego co mnie czeka. Ale póki co... Pedałujemy dalej!
Godzina 20.00, ok 300 km za nami. 18. godzina podróży. 35 godzin bez snu.
Zaliczamy obowiązkowy punkt naszej wyprawy czyli jedzeniowy syf. Tutaj dłuższa przerwa- chyba ponad godzinę.
Zostawiamy Bydgoszcz daleko za sobą. Od tego postoju lewe kolano zaczyna dawać o sobie znać. Początkowo sądzę, że po prostu się zastało i trzeba je rozruszać. Z każdym kilometrem, z każdym obrotem pedała zamiast co raz lepiej jest co raz gorzej. Tempo spadło.
Długi zjazd do miejscowości X. Godzina 23.11. 340 km za nami.
W X zjeżdżamy na stację benzynową. Ból bierze górę. Oparta o brykiet do grilla momentami odpływam. Noga wyprostowana, może odpocznie, może przejdzie. Krzysiek przynosi espresso. Wypijam z obrzydzeniem jakby był to kubek wódki- nie lubię kawy. Dalej przymykam oczy w objęciach brykietu- wygodnie, błogo wręcz. Rejestruję tylko przy każdym podniesieniu powiek tankujące samochody ich właścicieli. Policjanci. Wstawione imprezowiczki. -"Stacja nieczynna, rozliczenie!" -"Ja pierd#le!". Potrząsam głową z trudem wstaję podążając po kolejne espresso i Kit Kat'a- trzeba czymś zagryźć posmak małej czarnej. Noga wyprostowana, zablokowana w stawie kolanowym. Nawet najmniejsze zgięcie powoduje ciarki i przeszywający ból.
I co dalej? Na rower nie wsiądę- pedałowanie tylko prawą nogą było wykluczone, ponieważ na pośladkach zaczęły się robić bolesne odparzenia. Ból może i byłby do zniesienia, gdyby nie fakt, że przy ciągnięciu pedała w górę cztery litery dociskały jeszcze mocniej do powierzchni siodełka. Poza tym przed nami długi, dosyć stromy podjazd.
Szukamy ostrego dyżuru. Dobrze, że X to nie wiocha zabita dechami, ale za to tamtejsi policjanci...
- Chcieliśmy się dowiedzieć jak trafić do szpitala?
- A co się stało?
- Noga mnie strasznie boli, nie mogę jechać, ledwo idę.
- Ale czego pani ode mnie oczekuje? Ja nic nie mam przy sobie...
- Jak trafić do szpitala...?
- To musi Pani po karetkę dzwonić, ja nie mogę Pani pomóc.
- Chcieliśmy się dowiedzieć jak mamy DOJŚĆ do szpitala.
Mniej więcej tak wyglądał dialog. Otrzymaliśmy wskazówkę jakże zawiłą: "Cały czas prosto i po prawej stronie będzie". A można było tak od razu.
Pokonujemy stromy podjazd pieszo. Takiego chodnika jeszcze w życiu nie spotkałam- dziura na dziurze. Z obawy przed skręceniem kostki, klnąc jak szewc (to się Krzychu nasłuchał) schodzę na ulicę z kostki brukowej. Na szczycie wzniesienia szpital.
Prześwietlenie nic nie wykazało, ale zrobili tak pro forma. W oczekiwaniu na wyniki dopada złość. Wściekłość, że taki kawał przejechałam i nad Bałtyk nie dojadę. Łzy w oczach spowodowane bezsilnością. Nienawiść w stosunku do własnej nogi.
Przychodzi lekarz. Opowiadam skąd się tu wzięłam i co mi dolega.
- Dużo podjazdów było?
- Na miękkich czy na twardych przełożeniach pani jechała?
- Rama dobrze dobrana?
- A może bloki w butach źle ustawione, pokazać.
- Ile km pani jeździła dziennie przed wyprawą?
Widać trafił swój na swego.
- Zastrzyk z Ketonalu domięśniowo.
Na pytanie co teraz zamierzamy odpowiadam, że chyba gdzieś nocleg znajdziemy, a rano podjedziemy do miejscowości gdzie jest dworzec PKP.
- A namiot macie?
- Mamy.
- A jakby się rozłożyli na tym lądowisku dla helikopterów?
- ale my nie mamy klucza do tamtego wyjścia...
- A ten cieć z portierni nie ma? Może on ma, trzeba się go spytać.
Wychodzę do Krzyśka, który czeka (śpi) pod szpitalem. Przedstawiam ofertę. W zasadzie kiedy otrzymałam zastrzyk z Ketonalu miałam nadzieję odczekać aż zacznie działać i chciałam jechać dalej. Nie chciałam spać. Plany jednak pokrzyżował lekarz i pielęgniarka, którzy wylecieli do nas z ofertą.
-Mamy wolną tu na dole jedną salę, może chcecie się tam przespać, z rowerami wejdziecie i rano dojedziecie do dworca. Po co macie teraz po nocy gdzieś się szwendać...
Patrzę na Krzyśka.
-Dobra.
I tak wylądowaliśmy w szpitalu na perypetiach.
Takiego apartamentu się nie spodziewałam. I to z możliwością skorzystania z prysznica! Nie odmówiłam. Ketonal powoli uśmierzał ból.
342 km. 24 godziny od startu. 42 godziny bez snu.
Przed odpłynięciem w szpitalnych łózkach na całe 3 godziny chwila rozmowy i momentalny zgon.
Pobudka i "ucieczka" przed siostrą oddziałową- w następnym wpisie :)
komentarze
Wczytałem się w postawę policjantów i krew mnie jasna mało nie zalała. Przepraszam ale mam skrzywienie zawodowe. Trzeba być ciulem bez serca...
Dynio - 12:35 środa, 24 kwietnia 2013 | linkuj
Kaszuby czekają i zapraszają :D ja tesh :D
a szpitale omijamy z daleka :) emonika - 07:45 wtorek, 31 lipca 2012 | linkuj
a szpitale omijamy z daleka :) emonika - 07:45 wtorek, 31 lipca 2012 | linkuj
Flash - ten motel po prawej stronie ? Maszka - coś tam ? czy jak mu tam.
.. nieźle. widzisz - to już lepiej było do szpitala jechać :D emonika - 11:47 piątek, 27 lipca 2012 | linkuj
.. nieźle. widzisz - to już lepiej było do szpitala jechać :D emonika - 11:47 piątek, 27 lipca 2012 | linkuj
Co do Kościerzyny, szpital jaki by nie był, na pewno byłby lepszym miejscem niż motel przy stacji benzynowej na wylocie w stronę Gdańska - nie polecam, chyba, że ktoś lubi mocne wrażenia, np. obudzić się rano w zamkniętym od zewnątrz budynku, w którym nikogo nie ma :D
flash - 08:19 piątek, 27 lipca 2012 | linkuj
ja pierdziu !!!!
normalnie kocham już Was za takie cóś.
podziwiam, chylę czoła i w ogóle.
a jak będziecie jechać przez Kaszuby kiedyś to zapraszam do szpitala w Kościerzynie :D
(no dobra... "gupi" żart)
pozdrawiam :) emonika - 06:02 piątek, 27 lipca 2012 | linkuj
normalnie kocham już Was za takie cóś.
podziwiam, chylę czoła i w ogóle.
a jak będziecie jechać przez Kaszuby kiedyś to zapraszam do szpitala w Kościerzynie :D
(no dobra... "gupi" żart)
pozdrawiam :) emonika - 06:02 piątek, 27 lipca 2012 | linkuj
Co Ty k&$*% możesz wiedzieć o lodowatej wodzie?
;D;D
A tak poważnie: zimny prysznic to hardcore. Ja go rzadko praktykuję, bo nie jest przyjemny.
Woda dużo zimniejsza od powietrza, a jednocześnie ZBYT CIEPŁA aby znieczulić komórki nerwowe.
Natomiast kąpiel w przeręblu praktycznie nie ma nic wspólnego z uczuciem zimna.
I o wiele lepiej robi na skórę. ;p mors - 17:48 środa, 25 lipca 2012 | linkuj
;D;D
A tak poważnie: zimny prysznic to hardcore. Ja go rzadko praktykuję, bo nie jest przyjemny.
Woda dużo zimniejsza od powietrza, a jednocześnie ZBYT CIEPŁA aby znieczulić komórki nerwowe.
Natomiast kąpiel w przeręblu praktycznie nie ma nic wspólnego z uczuciem zimna.
I o wiele lepiej robi na skórę. ;p mors - 17:48 środa, 25 lipca 2012 | linkuj
Gratulacje dystansu, robi wrażenie, mimo że nie dojechaliście do mety.
Blask Twojej kamizelki odblaskowej na drugim zdjęciu tak oślepia, że dopiero za 3 razem zobaczyłem Krzyśka obok ;) mattik - 15:32 poniedziałek, 23 lipca 2012 | linkuj
Blask Twojej kamizelki odblaskowej na drugim zdjęciu tak oślepia, że dopiero za 3 razem zobaczyłem Krzyśka obok ;) mattik - 15:32 poniedziałek, 23 lipca 2012 | linkuj
Super opisana wycieczka. Jestem pełen podziwu dla Was :) Pozdrawiam
abroda - 16:07 niedziela, 22 lipca 2012 | linkuj
nie wiem, czy zazdrościć miejsca do spania... na pewno oryginalności miejsca i... gratuluję przełamywania kryzysów :)
flash - 16:03 niedziela, 22 lipca 2012 | linkuj
Ok, dopiero teraz mogłem przeczytać całość, o 4 rano tylko akceptowałem. Dobrze
Gratulacje dystansu i to z sakwami po krótkim śnie faktycznie musiało boleć.
Dialogi bardzo dobre! a podobno "w polskim filmie dialogi niedobre...".
Fajne zdjęcie o wschodzie. No i kokpit robi wrażenie :) blase - 14:51 niedziela, 22 lipca 2012 | linkuj
Gratulacje dystansu i to z sakwami po krótkim śnie faktycznie musiało boleć.
Dialogi bardzo dobre! a podobno "w polskim filmie dialogi niedobre...".
Fajne zdjęcie o wschodzie. No i kokpit robi wrażenie :) blase - 14:51 niedziela, 22 lipca 2012 | linkuj
Największy hardcore to z tym nie-spaniem, oczywiście nie umniejszając reszty, w tym także przeładowanego roweru...
Rozumiem, że na twardych ciągle jeździsz?
Też miałem kiedyś jakieś hece z kolanami, a że lekarzy się boję ;D to scenariusze miałem bardzo czarne... a tymczasem samo zanikło - bezpowrotnie.
Słyszałem teorię, że to ozdrowienie może być od zimnych kąpieli. ;p mors - 01:06 niedziela, 22 lipca 2012 | linkuj
Rozumiem, że na twardych ciągle jeździsz?
Też miałem kiedyś jakieś hece z kolanami, a że lekarzy się boję ;D to scenariusze miałem bardzo czarne... a tymczasem samo zanikło - bezpowrotnie.
Słyszałem teorię, że to ozdrowienie może być od zimnych kąpieli. ;p mors - 01:06 niedziela, 22 lipca 2012 | linkuj
Ciekawa historia :) Jak byłem nad morzem koło 23 kolega załatwił nam nocleg u przypadkowej kobiety także porządni ludzie jeszcze się zdarzają.
Platon - 20:41 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
Dobra dobra, mogłaś ogłosić, że jedziecie, bym was dopingował chociaż, bidony podał czy coś:D
Kenhill - 19:43 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
kontuzje kolan, dlaczego istniejecie. Wróciłem z połonin dzień wcześniej przez coś co czuję jakby tworzący się stan zapalny rzepki, szczęście, że nie dolega mi w ogóle jak pedałuję, tylko przy chodzeniu. Widać organizm mi się buntuje jak zostawiam rower na rzecz samych butów. Lekarz-rowerzysta, ciekawe połączenie. Skitraj sobie zastrzyk z ketonalem (imho po tramalu jest śmieszniej) i zrobisz te twoje 500 ;]
kozio23 - 19:26 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
kozio23 - 19:26 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
No nie, taki kawałek ode mnie jechać i nie dać znać :<
Ogólnie gratuluje, dystans robi wrażenie, ja to bym miał cykora jechać krajówkami cały czas :( Kenhill - 07:57 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
Ogólnie gratuluje, dystans robi wrażenie, ja to bym miał cykora jechać krajówkami cały czas :( Kenhill - 07:57 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
Czyli są na tym świecie jeszcze porządni obywatele, i w dodatku lekarze:) Za to policjanci jak z dowcipów o milicjantach (na pewno mieli wówczas ręce pełne roboty, stąd ta niechęć do pomocy:) Szacun!
k4r3l - 07:48 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
Ale jesteś niedobra:
Ucinać w połowie... jak w brazylijskim tasiemcu, jeszcze reklam brakuje tylko:D
Następny odcinek może być ciekawy-to wynika z tytułu. Będzie krew??? gello1 - 07:08 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
Ucinać w połowie... jak w brazylijskim tasiemcu, jeszcze reklam brakuje tylko:D
Następny odcinek może być ciekawy-to wynika z tytułu. Będzie krew??? gello1 - 07:08 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
Taki opis przywraca moją wiarę w ludzi pracujących w służbie zdrowia :)
poisonek - 06:13 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
Fajnie się czytało. Gratulacje. Nie ważne, że nie dojechaliście. Ważne, że pojechaliście, ważne, że tyle przejechaliście, a kontuzje... niestety się zdarzają. Przygoda jednak zostanie w pamięci.
Świetny lekarz :-) djk71 - 05:15 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
Świetny lekarz :-) djk71 - 05:15 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
A to całkiem świeży ten rekord:)
Rowery między łóżkami moc! blase - 02:29 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj
Komentuj
Rowery między łóżkami moc! blase - 02:29 sobota, 21 lipca 2012 | linkuj